To był 2004 rok, kiedy po raz pierwszy odwiedziłam Sharm el Sheikh. Najbardziej  zaimponował mi międzynarodowy styl tego miasta, idąc ulicą można było usłyszeć ludzi rozmawiających w najróżniejszych językach. Nie tylko turyści, ale też ludzie mieszkający w Sharm wyglądali, jakby przez 365 dni w roku mieli wakacje. Kiedy w 2006 roku przeprowadziłam się na stałe do Sharm – z największą przyjemnością przejęłam styl życia, który mimo intensywnych godzin pracy, był jednak inny, niż ten dotychczasowy w Polsce. Wstawanie do pracy o godz. 6 rano było przyjemnością, wystarczyło otworzyć balkon aby wypić poranna kawę w gorącym  słońcu. Moja pierwsza praca związana była z nurkowaniem: całe dnie spędzone na statku rejsowym, codziennie nowi ludzie, godziny spędzone na rozmowach po polsku, po rosyjsku, po angielsku albo łamaną arabszczyzną. Zmęczeni po całodniowym rejsie, zwykle umawialiśmy się z turystami z różnych zakątków świata, żeby spędzać wspólne wieczory w coffee shopach czy na plażach przy zachodzącym słońcu.

Pracę w Sharm el Sheikh wyszukałam gdzieś na którymś z brytyjskich portali, ogłaszało się centrum nurkowe szukające osoby mówiącej po polsku. No to kupiłam bilet w jedną stronę. Dzięki właścicielowi centrum – na pierwszy tydzień miała mnie przygarnąć do swego mieszkania jakaś Polka mieszkająca już w Sharm. Na szczęście w miarę przypadłam Marcie do gustu, bo mieszkałyśmy później razem kilka miesięcy.

Pierwszy tydzień życia w Sharm to czas, z którego nigdy nie zapomnę żadnego dnia.

To był WTOREK: Prosto z lotniska, z walizką, doczłapałam się spocona do bazy nurkowej, następnego dnia rano miałam zacząć pracę, więc trzeba było dowiedzieć się cokolwiek o obowiązkach do wykonania. Imponująca pensja 😉 wynosiła 10 dolarów na dzień,  ale wiedziałam, że to tylko początek, że wystarczy się postarać i będzie lepiej. Marta zabrała mnie do swojego mieszkania i przygarnęła pod wspólny koc.

ŚRODOWY ranek: słońce daje niemiłosierne, gdybym wtedy miała facebooka, „lubię to” nie oddało by radochy… wreszcie „mieszkam” pod słońcem. Strój kąpielowy, woda pod rękę i melduję się w centrum nurkowym.  Zadania proste: rozdać informacje o nurkowaniu, dopasować rozmiar płetwy do rozmiaru stopy nurka, zaopiekować się gośćmi. Załadowaliśmy się na statek i praca zamieniła się w przyjemność. Słońce, opalanie, rozmowy. Następnie pierwszy skok do wody, wszyscy razem płyniemy zwiedzać rafy- nigdy wcześniej nie musiałam odpowiadać za ludzi, którzy oglądają rafy… każdy pływał jak chciał, a tu się okazuje, że jakaś pani nie nadąża, inny aktywista jest 100 metrów od grupy, jakiś małolat zdjął rurkę i poszła na dno… ryby mniej spokojne ale nadal niewzruszone w wyniku incydentu! Po rejsie odbieram moje zasłużone 10 dolców i zaczynam polowanie na jedzenie. To okazało się bardzo proste, po wejściu na Old Market wystarczyło zapytać jakichkolwiek sklepikarzy, żeby zjeść pyszne kanapki z falafelem za funta (egipskiego!) za sztukę. Potem zadzwonił telefon: „masz pracę dziś wieczorem!”. Miałam zostać przewodnikiem.

CZWARTEK: szósta rano, przez ponad 200 kilometrów i jeszcze dodatkowo 5 godzin słucham od Ahmeda i po raz dziesiąty powtarzam w pamięci historię Klasztoru świętej Katarzyny, siedzimy obok zamkniętej przyklasztornej kafejki, a inni przewodnicy, najpierw pośmiali się z nowicjuszki, a teraz stare wygi chrapią w pokojach. O godzinie 9-tej otwiera się Klasztor św. Katarzyny, bez ściąg i kartek, na pamięć z lekcji, oprowadzam grupę sympatycznych turystów z Polski, tu skręcić w prawo, potem za Studnią Mojżesza iść w lewo, z Bazyliki wyjść w prawo- nic  nie pomyliłam 🙂 nie zapomniałam dat 🙂 jestem wielka, mogę wszystko… 😉 Nieprzespana noc i emocje dały jednak się we znaki, kiedy wróciłam do mieszkania, obudziłam się dopiero następnego ranka.

PIĄTEK: płyniemy na rejs, uwielbiam być na morzu, zwłaszcza takim, gdzie świeci słońce. Kilka osób zamówiło „nurkowanie dla amatorów”, pamiętałam swoje pierwsze „nurkowanie dla amatorów”, przed skokiem do wody wrzeszczałam ze strachu, jak kiedyś skacząc na bungee. Oni jednak na bungee nie skakali, więc dokonanie skoku z rufy statku z wysokości pół metra od tafli wody… oj było to przeżyciem. To była Patrycja, lat około 25. Kiedy została ubrana już w cały ten ekwipunek dla nurków i nadszedł moment skoku do wody- jej oczy zrobiły się ogromne. Już nie pamiętam, co jej wtedy mówiłam, żeby skoczyła, w końcu po prostu w ramach gadu- gadu leciutko, tak jak mi kiedyś zrobiono, pchnęłam ją i myk… wpadła do wody. To była pierwsza osoba, która za wepchnięcie do wody po zakończeniu nurkowania uściskała mnie i ucałowała. Wtedy zrozumiałam, że frajdą jaką jest nurkowanie, chcę dzielić się z innymi.

SOBOTA: dzień wolny, który nie wynikał z ustawy, bo takowa nie dotyczy miejscowości turystycznych, gdzie życie trwa 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu. Zwiedzam. Szukam miejscówek, w których mogłabym się odnaleźć. Jakieś 100 metrów od mieszkania, do którego przygarnęła mnie Marta jest brzeg morza… klif widziałam wcześniej ze statków, jako zwykła turystka, teraz jestem tu, patrzę w dół na morze … siadam na jego skraju i już wiem … tu będę żyć.

NIEDZIELA: kolejny dzień pełen nowości, po sobotnich poszukiwaniach dodatkowego zarobku- wyprawa na Safari Abu Galum. Znowu jestem przewodnikiem 🙂 Okazuje się, że w Sharm el Sheikh jest za mało osób mówiących po polsku, a polskich turystów jest tak dużo,  że touroperatorzy nie nadążają ze szkoleniem swoich studentów turystyki na przewodników. Jedziemy pięcioma jeepami przez pustynię, zatrzymujemy się w osadzie beduińskiej, na najwyższym punkcie trasy z widokiem na dolinę, wjeżdżamy pośród gór do oazy… o tych miejscach mogłabym opowiadać jeszcze dużo dużo więcej, ale w tę niedzielę wydarzyła się piękna rzecz. W połowie drogi Piotr zapytał mnie, które z miejsc będzie najlepsze, żeby mógł się oświadczyć swojej dziewczynie. Wymyśliliśmy Lagunę w Dahab. Słońce odbijało się falach, staliśmy razem w kilkadziesiąt osób w kręgu, głos mi się łamał ze wzruszenia, kiedy mówiłam „Teraz stańmy razem, bo mamy coś ważnego do posłuchania”.  Piotr wyszedł na środek kręgu na chwilkę, a potem już przyklęknął, jak w filmach pokazał pierścionek i oświadczył się swojej dziewczynie. Niezapomniana scena!

PONIEDZIAŁEK: tego dnia pomyślałam, że przeznaczenie mówi: „to koniec pięknego początku” … myślałam: „… jak bym mądra była, … jak bym miała odrobinę rozumu”, to bym oszczędzała, tymczasem wieczorowe spotkania towarzyskie zjadły zarobiony budżet – zdarza się:) bankomat,  wypłacam zapasy z Polski …  małe przyzwyczajenie z Polski zawiodło, standardowo w Polsce najpierw z bankomatu wyjeżdża karta, a potem gotówka. W tym bankomacie było jednak odwrotnie, jak wyjechała gotówka to … hmmm wzięłam gotówkę i poszłam. Zostałam mianowana klasycznym głupkiem z odruchem Pawłowa. Poszukiwania karty trwały trochę i tu moje, chapeau bas dla polskich banków, bo ich karty wyglądały w Egipcie na tyle imponująco, że przypadkowy pracownik banku słyszał o pięknej zielonej karcie w centrali swego banku. Kartę, na szczęście, odzyskałam po paru dniach. Mając w ręce zabezpieczenie na „czarne godziny” rozpoczęłam kolejne WTORKI …

… i tygodnie życia w Sharm el Sheikh, które zamieniły się w pasję, pracę, później w firmę 🙂

Lubię dzielić się tym życiem, lubię zapraszać tu często przyjaciół i znajomych z Polski. Jestem do dziś wdzięczna osobom, które spotkałam tu na początku, dzięki którym każdego dnia poznawałam coś nowego i nigdy nie czułam się sama.

( źródło: E-SHARM.PL )